Równocześnie w zeszłorocznej ankiecie 15 proc. Belgów przyznało, że żałuje decyzji o szczepieniu. Jak wytłumaczy Pan, że z pandemii wyszliśmy jeszcze bardziej nieufni wobec władzy i bardziej podatni na teorie spiskowe?
To tendencja, której początki wiążę z pojawieniem i rozpowszechnieniem się Google, czyli możliwości zadawania wszelkich pytań i uzyskiwania na nie najróżniejszych odpowiedzi. Sztuczna inteligencja ten proces tylko rozpędziła.
W ciągu jednego posiedzenia w toalecie otrzymujemy gotową odpowiedź, do której dojścia lekarzom zajmuje, wliczając specjalizację, kilkanaście lat studiów. Zniknął szacunek dla wiedzy nabywanej na uniwersytecie. Zniknęło zaufanie do lekarzy, popsuły się relacje terapeutyczne. Dzisiaj pacjenci są klientami, a niektórzy wchodzą do gabinetu z plikiem wydruków z internetu i proszą lekarza o opinię. Jeśli lekarz nie zgodzi się z autodiagnozą pacjenta, to tylko gorzej dla niego, bo wychodzi na amatora.
Zazdroszczę pewności siebie, która bez przygotowania w jakiejkolwiek dziedzinie medycyny pozwala dochodzić do wniosków całkowicie sprzecznych ze zdaniem 99,9 proc. specjalistów od lat zajmujących się tematem. A następnie rozpowszechniać je na X, czy innych skonfigurowanych pod takie wymyślne treści platformach.
Pamięta Pan, gdy pierwszy raz teorie spiskowe wyszły z internetu do prawdziwego świata? Gdy pierwszy raz ktoś na żywo zagroził Panu śmiercią?
Już na samym początku pandemii, gdy czekałem na pociąg w Mechelen jakiś mężczyzna zaczął krzyczeć, że mnie załatwi i wykonywał nazistowskie gesty w moim kierunku. Później zaczęli zjawiać się nieproszeni goście pod moim domem. Zawsze kończyło się na werbalnych atakach, ale one dotykały również moją rodzinę. Grożono mojemu bratu, który jest dyrektorem szkoły podstawowej.
Przyzwyczaiłem się do nienawiści i pogróżek, ale równocześnie widzę jak z czasem się one nasilają. Ich autorzy nie są zakotwiczeni w społeczeństwie, więc sens życia nadaje im obsesja jedną osobą i nagła potrzeba walki z nią. To staje się rodzajem religii, którą gorliwie wyznają i w jej ramach się radykalizują.
Większość nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji, a w Pana przypadku było blisko tragedii. Wojskowy Jürgen Conings zaczął od pogróżek pod Pana adresem, a w maju 2021 r. wyniósł z jednostki ciężką broń i amunicję. Obserwował dom, z którego musiał się Pan w pośpiechu ewakuować.
„Żaden płatek śniegu nie czuje się odpowiedzialny za lawinę”. Wie pan czyj to aforyzm? Polskiego autora, Stanisława Jerzego Leca. Przez lata otrzymałem różną drogą tysiące mniej lub bardziej nieprzyjemnych wiadomości. Niektóre z nich zresztą dokumentuję i trzymam na pamiątkę w osobnym segregatorze.
Wcześniej zgłaszałem groźby na policję, ale kosztowało to tyle czasu, że zrezygnowałem. Być może wytoczę jeszcze proces portalowi „’tScheldt” z Antwerpii. Niestety zasłania się on wolnością satyry. Tylko że z satyrą nie ma on nic wspólnego. To największy ściek Flandrii, który do dzisiaj praktycznie codziennie publikuje obsceniczne fotomontaże ze mną w roli głównej. To kwalifikuje się jako nękanie.
Nawiasem mówiąc nie zgadzam się z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, według którego osoby publiczne muszą tolerować więcej obelg. Właśnie z tego powodu coraz mniej wartościowych ludzi gotowych jest stanąć w świetle reflektorów i działać publicznie. Bo musieliby się wówczas godzić na wyzywanie, obrażanie i wulgarne przeróbki zdjęć.
Mówimy o internetowych anonimach, ewentualnie jednostkach, albo rzekomo satyrycznych portalach. Tymczasem oszczerstwa i podburzanie społeczeństwa należy również do repertuaru polityków i to wcale niekoniecznie tych z marginesu. Czy to oni wprawiają w ruch lawinę?
Jeszcze przed pandemią obecny minister obrony Theo Francken nazwał mnie „Doktorem Nienawiścią”, bo w mediach społecznościowych ujawniłem kandydatów z nazistowskimi sympatiami na listach wyborczych jego partii. Również inni prominentni politycy oraz były rektor uniwersytetu w Leuven bez zahamowań posługiwali i posługują się „psim gwizdkiem”. To skąd inąd inteligentni ludzie, więc w zawoalowany sposób prowokują reakcję innych, którzy gotowi są już przekroczyć granicę. Później kreują się na najbielsze, najniewinniejsze płatki śniegu. Takim osobom mam najwięcej do zarzucenia, bo z pełną świadomością podpalają tych mniej wpływowych i z reguły mniej bystrych.
Na ile to się wiąże z Pana – zdaniem niektórych – bardzo wyraźnym profilem politycznym i lewicowymi poglądami?
A jakiż to polityczny czyn albo wypowiedź miałyby świadczyć o moim radykalizmie?
Podczas pandemii ówczesna premierka Belgii Sophie Wilmès sugerowała, by rzadziej napiętnowywał Pan rasistowskie zachowania. Jej zdaniem spięcia ze skrajną prawicą nie przysłużyły się Pana funkcji komunikatora.
Szanuję Sophie Wilmès, ale w tamtym momencie bardzo mnie rozczarowała. Jak to niby miałoby wyglądać? Na czas pandemii rasizm dostałby wolną rękę? To kłóciłoby się z każdym włóknem mojego jestestwa. Sugestia Wilmès była zdecydowanie nie na miejscu.
Pisał Pan, że kryzys wydobywa najlepsze ludzkie cechy, ale też i te najgorsze. Zaryzykuje Pan oszacowanie ile jest tych drugich? Jak duża jest grupa ludzi skłonnych do naprawdę niebezpiecznych działań?
35 lat temu pracowałem w Nowym Jorku. Przeżyłem szok, gdy uzmysłowiłem sobie, że moi amerykańscy koledzy nie byli w stanie zaufać i podejrzewali o niecne zamiary jakieś 10-15 proc. populacji. Chodziło również o osoby z bliskiego otoczenia, z pracy. Dzisiaj rozumiem ich lepiej i skorygowałem dotychczasową naiwność. Może nie dziesięć, ale jeden procent społeczeństwa jest po prostu niereformowalny. Żyją wśród nas. Za dnia głaszczą koty, biorą wnuki na kolana, a wieczorem siadają do klawiatury i wylewa się z nich perfidne, nienawistne szambo. Przemocowy język, który czasem prowadzi do fizycznej przemocy.
Zdarzało mi się bezpośrednio konfrontować z takimi jednostkami. Wielu tłumaczyło się trudnym okresem w życiu, alkoholem, niektórzy przepraszali. Zetknąłem się jednak również ze złem w czystej postaci, którego przed pandemią nie znałem. Właściwie mnie to fascynuje, że wśród nas chodzą autentycznie źli i niegodziwi ludzie.
Ktoś mógłby przypuszczać, że wraz z końcem pandemii hejt zelżeje.
Tymczasem to początek 2025 r. był absolutnie rekordowy. Wtedy Trump został zaprzysiężony na urząd prezydenta, a Robert F. Kennedy Jr. wybrany na sekretarza zdrowia. To dodało animuszu internetowym wojownikom, również tym w Belgii. Wygrał „ich” prezydent, więc zaczęli fantazjować o aresztowaniu mnie przez amerykańskich komandosów i osądzeniu przed trybunałem gdzieś za oceanem. Zresztą ostatni przykład Wenezueli pokazuje, że wszystko jest możliwe i zachęca do snucia takich wizji.
Robert F. Kennedy Jr. wstrzymał finansowanie badań nad szczepionkami mRNA, wycofał kilkaset milionów dolarów z kontraktów na rozwój szczepionek przeciwko COVID-19 i grypie. Co to oznacza w najbliższej perspektywie?
Z trwogą patrzę na to, w jakim tempie następuje normalizacja nienormalnej polityki w Stanach Zjednoczonych. Partia Republikańska zmieniła się w sektę i nie wiem czy powróci jeszcze na prostą. A połowa Amerykanów nie ma z tym najwyraźniej żadnego problemu.
Kennedy Jr. jest znanym przeciwnikiem szczepień i już teraz widzimy skutki jego polityki. USA doświadczają największej epidemii odry od 34 lat, a kluczowym czynnikiem jest spadek wyszczepialności, zwłaszcza wśród dzieci.
W takim razie jak Europa ma się dzisiaj bronić przed wirusami, również tymi w przenośni, czyli fake newsami?
Jesteśmy zbyt zapatrzeni w amerykańskie CDC, czyli agencję zapobiegania chorobom zakaźnym. Nasze Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób jest papierowym tygrysem, a mamy tu równie kompetentnych specjalistów, mamy ich nawet jeszcze więcej. Poradzimy sobie bez USA, potrzebujemy tylko pewności siebie.
I skończmy już z tym płaszczeniem się przed Trumpem, z uniżonymi prośbami o audiencję w Białym Domu. Ta służalczość nie ma sensu, bo on najwyżej udaje, że słucha. Jest jak puste naczynie, które wypełnia się tylko tym, co powie mu ostatnio spotkana osoba, by wkrótce potem znów się opróżnić.
A czy powinniśmy tracić energię na zaprzeczanie teoriom Kennedy’ego Jr. i innych?
Oczywiście. Gdzie tylko możliwe stosujmy fact-checking, najlepiej na bieżąco i na żywo, konfrontując dezinformację z realnymi przypadkami.
To w tym celu wciąż udziela się Pan na X oraz innych platformach społecznościowych?
Nie zamierzam korygować każdej głupoty, ale nie odejdę z X i nie dam satysfakcji tym, którzy przez lata mnie atakowali. Jeśli wszyscy zniesmaczeni odejdą, to pozostaną tylko ci budzący zniesmaczenie. Ja nawet swego czasu dołączyłem do grupy wsparcia mojego niedoszłego zamachowca Coningsa na Telegramie…
To może dziwić.
A mnie dziwi, że dziennikarze o to pytają i potem tworzą nagłówki, że niejako podstępem wkradłem się do tej grupy. Przystąpiłem do niej pod własnym nazwiskiem, z podniesioną przyłbicą. Po pierwsze przez Coningsa musiałem się ukrywać, siedziałem zamknięty w szarym pokoju hotelowym i nie miałem nic do roboty. Po drugie i ważniejsze, chciałem pojąć motywacje tych ludzi. Sam Conings miał najwyraźniej problemy emocjonalne, co ostatecznie doprowadziło go do samobójstwa. Nie jestem w stanie jednak zrozumieć, że momentalnie zyskał on wielotysięczną popularność i status bohatera, a jego cel, czyli zabicie mnie, zbierał w określonych kręgach pochwały. To jasne, że chciałbym to zrozumieć i nie dam się wcisnąć w rolę ofiary, która ma milczeć i nie prowokować.
Żywi Pan jeszcze nadzieję, że rozmowa z tak zaciekłymi wrogami, którzy życzą Panu najgorszego może być produktywna?
Nie mam ciągot misjonarskich i ambicji nawracania kogokolwiek. Ci, którzy wątpią i zadają mi pytania w dobrej wierze, mogą liczyć na uczciwą odpowiedź. Natomiast dla innych nie ma ratunku i najzwyczajniej szkoda czasu. Zależy im na prowokacji i wyszydzaniu. Jeśli dopytują o zapalenie mięśnia sercowego, czyli po łacinie miocarditis, ale zamiast znaku zapytania dodają wykrzyknik i wiązankę „morderca”, „zbrodniarz”, „Mengele”, to pytam ich czy aby chodzi o jakiegoś greckiego boksera. Czasem nazwę idiotami. Wtedy reagują oburzeniem, bo przecież profesorowi tak ripostować nie wypada. Czują się strasznie dotknięci. To jednak też mój sposób na radzenie sobie z pomyjami, które od lat się na mnie wylewają. Przyznaję, że nie należę do tych, którzy nadstawiają drugi policzek. (EURACTIV.pl)
Rozmawiał Maciej Bochajczuk