Wszystko wskazuje na to, że po odejściu Adama Niedzielskiego z resortu zdrowia odejdą w zapomnienie również limity na recepty, choć najpierw tylko w systemie publicznym.
Karierę ministra zakończył skandal, przy którym wszelkie podsumowania bledną, choć trudno ich uniknąć. Formułując oceny warto jednak pamiętać, że mówimy nie o kończącym misję polityku, ale o osobie, która wkrótce będzie miała, a w każdym razie powinna mieć, postawione zarzuty karne.
Wybryk ministra ma o wiele większe znaczenie i o wiele szersze konsekwencje niż tylko w stosunku do tego konkretnego lekarza, zgłaszającego problem z funkcjonowaniem systemu e-recept. Swoim czynem minister otworzył puszkę Pandory.
Czy w obliczu krytyki minister może ujawniać dane medyczne?
Jakie są najważniejsze wyzwania, z jakimi przyjdzie się zmierzyć nowej szefowej resortu zdrowia?
Obywatele mają prawo być w najwyższym stopniu zaniepokojeni – okazuje się bowiem, że umieszczone w systemach informatycznych ich najbardziej wrażliwe dane mogą zostać użyte w każdej chwili przeciw nim.
Przyzwyczailiśmy się, że w wielu obszarach polityk publicznych mamy do czynienia z rzeczywistościami równoległymi. Przekaz płynący od decydentów nijak się ma do rzeczywistości, z którą stykamy się na co dzień.
Funkcjonariusze państwa mogą podejmować decyzje tylko na podstawie przepisów prawa i w ich ramach – nigdy dość przypominania tego oczywistego faktu, niezależnie czy mówimy o reglamentowaniu recept, czy interwencjach policji wobec pacjentów.
Minister wprowadził limity bezprawnie. Ci, którzy o tym przypominają, są lobbystami państwa prawa i zasad konstytucji. Tylko tyle i aż tyle.
Ministrowi nie wolno więcej, niż pozwalają mu przepisy. Podobnie jak każdemu urzędnikowi, czy to administracji rządowej, czy samorządowej. Państwo prawa wyklucza samowolkę, nawet tę powodowaną najszczytniejszymi intencjami.
NFZ będzie badać każdy przypadek odmowy przyjęcia pacjenta do szpitala. Im bliżej wyborów, tym więcej należy się spodziewać chybionych pomysłów na poprawę sytuacji w ochronie zdrowia. Ten ma dużą szansę na podium.
Szpitale czują pętlę na szyi „od zawsze”, ale teraz – jak wynika z kuluarowych rozmów z dyrektorami i przedstawicielami powiatów – mają świadomość, że ta pętla się zaciska. I nie bez pewnej, jak podkreślają, premedytacji ze strony decydentów.
Pytanie, jak w warunkach permanentnej straty realizować wymagania projakościowe, które mocno wybrzmiewało w Sejmie w ostatnim tygodniu, pozostaje otwarte.
Podaż musi szybciej nadążać za zmianami po stronie popytu, a rynek lepiej sobie z tym poradzi niż centralny planista. Rynek to dynamiczne relacje popytowo-podażowe.
Czy niekontrolowane mnożenie kierunków lekarskich nie zakończy się zgodnie z przewidywaniami samorządu lekarskiego, a nie hurraoptymistycznymi wizjami MZ oraz MEiN? LEW pokazuje, że są mocne podstawy do obaw.
Czarny scenariusz to dyskusja, która zakończy się wnioskiem, że może i przeznaczamy na zdrowie ze środków publicznych najmniej ze wszystkich krajów UE, ale nawet w tych krajach, które wydają znacząco więcej, systemy nie działają idealnie.
Budżet płatnika nie jest z gumy, a za kilka tygodni do szpitali będą musiały popłynąć dodatkowe środki, zaczęło się więc poszukiwanie obszarów do „racjonalizacji wydatków”.
Narracja, że sprawy idą w dobrym kierunku, szpitale rosną w siłę, a pacjentów leczy się szybciej/sprawniej/skuteczniej – nie pomaga. Propaganda sukcesu nigdy nie pomaga.
Zgodnie z obliczeniami unijnego urzędu statystycznego Polska znalazła się w grupie 13 krajów europejskich, w których do 2050 roku na każdą osobę w wieku 65+ będą przypadały mniej niż dwie osoby w wieku produkcyjnym.
Znakiem zapytania jest to, czy decydenci nadal będą forsować własne rozwiązania, ignorując potrzebę dialogu polegającego na wymianie doświadczeń i poszukiwaniu wspólnych wniosków, nie zaś na prezentacji swojego stanowiska i opuszczaniu sali.