Przyspieszamy ze szczepieniami. Świetnie, ale...

31.03.2021
Małgorzata Solecka
Kurier MP

Co do tego, że szczepienia przeciwko COVID-19 muszą przyspieszyć, nie ma wątpliwości. To zresztą, wbrew sugestiom premiera i ministrów, którzy we wtorek przedstawiali nową strategię szczepień, żadna niespodzianka: od jesieni było wiadomo, że w drugim kwartale w krajach Unii Europejskiej pojawi się co najmniej trzy razy tyle szczepionek co w pierwszym. I że znacznie większym problemem będzie wydolność systemu.

Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta

O ile w pierwszym kwartale słowem, jakie najlepiej określało Narodowy Program Szczepień, była „reglamentacja”, o tyle w drugim – sądząc tylko po wtorkowych zapowiedziach – będzie to „pospolite ruszenie”. Szczepić, jak chce rząd, będą mogli niemal wszyscy pracownicy medyczni (na wydłużającej się liście nie ma chyba tylko przeszkolonych żołnierzy, co zresztą – np. w Stanach Zjednoczonych – jest częstą praktyką). Rząd chce sięgnąć nie tylko do zasobów kadrowych, ale wyciągając wnioski z realizacji programu szczepień, mocniej stawia na masowe punkty szczepień, chcąc powierzyć ich organizację samorządom. To nie tylko świetny, ale wręcz oczywisty pomysł: samorządy od listopada 2020 roku zgłaszały gotowość do włączenia się w organizację szczepień w znacznie większym zakresie, niż wyznaczone przez rząd obszary organizowania transportu lub prowadzenia akcji promocyjnej.

Z zapowiedzi rządu wynika również, że masowe punkty szczepień mają być tworzone w szpitalach – tymczasowych, ale również powiatowych. Przykładem ma być Stadion Narodowy, na którym mieści się zarówno szpital, jak i masowy punkt szczepień, i nawet w czasie wzbierającej trzeciej fali obydwa funkcjonują bez zakłóceń. Warto jednak zwrócić uwagę, że decydujące znaczenie ma tutaj wielkość obiektu – punkt szczepień i szpital są od siebie znacząco oddalone i nie mają praktycznie punktów wspólnych. W mniejszych obiektach mogą być problemy z zapewnieniem wystarczającej izolacji punktu szczepień od dróg, którymi poruszają się jeśli nie pacjenci, to na przykład personel, który ma z nimi bezpośredni kontakt. Wydaje się również, że znacząco lepiej – co pokazuje choćby przykład Wałbrzycha – funkcjonują punkty zlokalizowane w dużych pozaszpitalnych obiektach, do których osoby zgłaszające się na szczepienie mają nieskrępowany dostęp. I last but not least – szpitale nie są miejscami, które powinny być często i masowo odwiedzane.

Dobrym pomysłem jest natomiast dopuszczenie do realizacji szczepień przez pracodawców – choć można się zastanowić, dlaczego zostały wybrane wyłącznie duże firmy, a już na pewno – dlaczego próg został ustawiony tak wysoko (500 osób). Wydaje się, że mniejsi – ale wciąż znaczący – przedsiębiorcy, zatrudniający sto czy nawet kilkadziesiąt osób, również mogliby z powodzeniem zorganizować u siebie szczepienia swoich pracowników. Nie do przecenienia jest tu element mobilizujący ze strony pracodawcy – nie chodzi o zmuszanie, ale choćby o wyjaśnienie pracownikom, w jaki sposób szczepienie wpłynie na możliwość normalnego funkcjonowania firmy.

Wydaje się, że rząd mógłby powierzyć również organizowanie szczepień przedstawicielom pracodawców – na przykład związki rzemiosła lub stowarzyszenia skupiające handlowców mogłyby również wziąć na siebie odpowiedzialność za przeprowadzenie akcji szczepień dla pracowników, podpisując umowy z podmiotami leczniczymi. Dysponują niemniejszymi możliwościami organizacyjnymi, a część dużych organizacji pracodawców ma wręcz w swoich strukturach wielkie prywatne podmioty lecznicze, więc tym bardziej sensowne wydaje się to rozwiązanie. Warto pamiętać, że małe firmy stanowią lwią część polskiej gospodarki i jeśli można je włączyć do organizacji programu szczepień, nie powinno się z takiej opcji rezygnować. Wystarczy patrzeć nie przez pryzmat pojedynczych firm i ich rozproszonego potencjału.

Inne pomysły rządu budzą przynajmniej tyle samo nadziei, co wątpliwości. Wątpliwości budzi też metodyka dojścia do wniosku, że mogą być zastosowane. Przykład? Punkty drive thru. Sprawdziły się, bez wątpienia, przy testowaniu. Jednak test nie jest procedurą medyczną tożsamą ze szczepieniem. Tak, jest prawdą, że w Stanach Zjednoczonych samochodowe punkty szczepień są normą. Jednak trzeba wziąć poprawkę na to, że w Stanach Zjednoczonych, ze względu na odległości, bez samochodu w ogóle nie da się funkcjonować i jest to część tamtej kultury, uwarunkowana geograficznie. W Polsce – niekoniecznie. Do tego dochodzą uzasadnione wątpliwości, już podnoszone przez dużą część ekspertów, zastanawiających się czy aby na pewno parking, na którym po szczepieniu w samochodzie trzeba będzie odczekać przepisowy kwadrans lub pół godziny, to wystarczający środek bezpieczeństwa. Nie można zakładać, że na szczepienie nie będą przyjeżdżać pojedyncze osoby – w razie pojawienia się komplikacji po szczepieniu kto miałby zaalarmować ewentualnych nadzorujących ów „parking bezpieczeństwa”?

Podobną wątpliwość można mieć zresztą do umiejscowienia punktów szczepień w aptekach. To z jednej strony oczekiwane przez farmaceutów rozwiązanie, budzi wątpliwości przede wszystkim dlatego, że w sytuacji wystąpienia reakcji anafilaktycznej – która zdarza się bardzo rzadko, ale jednak się zdarza – trudno wyobrazić sobie natychmiastową i skuteczną pomoc dla osoby, u której taka reakcja wystąpi. Podejmując decyzję, warto z jednej strony brać pod uwagę minimalne, ale niewątpliwe ryzyko indywidualne, z drugiej – ewentualne skutki, jakie dla realizacji całego programu szczepień przeciwko COVID-19 i zaufania społecznego, miałyby przypadki takich ciężkich reakcji alergicznych po szczepieniu przeprowadzanym w punktach, gdzie nie ma możliwości udzielenia natychmiastowej i skutecznej interwencji medycznej (aktualnie szczepienia realizowane są w podmiotach leczniczych wyposażonych w zestaw przeciwwstrząsowy i pod nadzorem personelu medycznego).

To samo dotyczy rozszerzania listy osób uprawnionych do wykonywania szczepień, a zwłaszcza – do kwalifikowania do szczepień. Oczywiście, założenie podstawowe jest takie, że w razie jakichkolwiek wątpliwości, czy dana osoba może zostać zaszczepiona, wymagana jest konsultacja z lekarzem i to lekarz podejmuje decyzję. We wszystkich innych przypadkach osoba kwalifikująca do szczepienia ogranicza się w zasadzie do weryfikacji wypełnionego przez pacjenta kwestionariusza wstępnego wywiadu przesiewowego i ewentualnie zadaje pytanie o aktualne samopoczucie. Pytanie zasadnicze dotyczy owych „wątpliwości”. O ile wynikają one z kwestionariusza, czyli pacjent sam zadeklarował okoliczności, które stawiają znak zapytania przy możliwości jego zaszczepienia, nie ma problemu. Jednak są sytuacje, w których do podjęcia decyzji o skierowaniu do lekarza potrzebna jest odpowiednia wiedza, doświadczenie lub przynajmniej intuicja osoby kwalifikującej. Co z odpowiedzialnością za ewentualne niepożądane odczyny poszczepienne (NOP) wynikające z nieprawidłowej kwalifikacji?

Rząd zapowiada przeprowadzenie co najmniej 20 mln szczepień do końca drugiego kwartału. To jest możliwe, ale oprócz perfekcyjnie działającej logistyki – w zakresie samych szczepień, ale również dostaw szczepionek, które zostaną dostarczone do Polski (podwójne założenie, że wszyscy producenci będą dostarczali szczepionki na czas i że Agencja Rezerw Strategicznych będzie w stanie je płynnie dystrybuować na cały kraj) – potrzebny jest duży popyt na szczepienie. Muszą, mówiąc wprost, być chętni. Ze wszystkich badań opinii publicznej wynika, że gotowość do szczepienia się maleje wraz z wiekiem – im młodsi Polacy (i zapewne nie tylko), tym mniejsza chęć na szczepienie, tym mniejsze przekonanie, że jest ono potrzebne. Nawet nie to, czy bezpieczne i skuteczne, ale właśnie – potrzebne.

Kalendarz nie będzie sprzyjać. Otwarcie programu szczepień bez limitu wieku nastąpi w maju – trzeba mieć nadzieję, że w czasie, gdy trzecia fala pandemii już niemal zupełnie opadnie. Być może będzie to już czas łagodzenia obostrzeń. Nie będzie atmosfery zagrożenia, która sprzyja podejmowaniu decyzji o szczepieniu. Co więcej, zniknie element zwiększający pożądanie szczepionki, bo stanie się ona towarem ogólnodostępnym.

W tej sytuacji kluczowa będzie dobrze przemyślana i zaprojektowana kampania edukacyjna, skierowana przede wszystkim do osób młodszych. A raczej kilka kampanii, bo inaczej trafia się do 40-latków, 30-latków i osób, które mają lat 20 lub mniej. Równocześnie rząd powinien pomyśleć o kampanii dla osób starszych, które do maja się nie zaszczepią – a cały czas będą mogły to zrobić. Dotychczasowe osiągnięcia w tej materii nie są imponujące, ale wpływ na to – trzeba mieć nadzieję – miał fakt małej podaży szczepionek. Do wykorzystania wszystkich dawek szczepionek nie potrzebowaliśmy kampanii budującej frekwencję, takiej z prawdziwego zdarzenia, choć na pewno w niczym nie zaszkodziłaby prowadzona konsekwentnie akcja edukacyjna. Teraz bez promocji i edukacji o sukcesie programu, jakim będzie osiągnięcie wystarczającego odsetka zaszczepionej populacji – nie ma co marzyć.

Reklama

Napisz do nas

Zadaj pytanie ekspertowi, przyślij ciekawy przypadek, zgłoś absurd, zaproponuj temat dziennikarzom.
Pomóż redagować portal.
Pomóż usprawnić system ochrony zdrowia.

Przegląd badań