Recenzja nie jest testem prawdy

22.03.2021
z Brianem Deerem, dziennikarzem śledczym, autorem książki „Wojna o szczepionki. Jak doktor Wakefield oszukał świat?”, rozmawia Jerzy Dziekoński
Medycyna Praktyczna Szczepienia 2020/04

Bezpieczeństwo szczepionek to nie moje kompetencje. Nie występuję w obronie ani przeciwko szczepieniom. To nie jest zadanie dla dziennikarza - mówi Brian Deer, dziennikarz śledczy, autor książki „Wojna o szczepionki. Jak doktor Wakefield oszukał świat?”.


Brian Deer

Jerzy Dziekoński: Książka „Wojna o szczepionki. Jak doktor Wakefield oszukał świat?” ukazała się niemal 10 lat po opublikowaniu na łamach „The British Medical Journal” (BMJ) wyników śledztwa demaskującego fałszerstwa Wakefielda. Jak długo pracował Pan nad tą sprawą? Czy postrzega Pan tę książkę jako pracę swojego życia?

Brian Deer: Jeszcze nie umieram, więc nie postrzegam tej książki jako dzieła mojego życia. Oczywiście praca nad nią, która trwała 15 ostatnich lat, pochłonęła ogrom mojego czasu, jednak nie pracowałem nad nią bez przerwy. W tym czasie zrobiłem też sporo innych rzeczy, prowadziłem inne śledztwa. Na pewno moja praca dotycząca fałszerstw Adrew Wakefielda będzie tym, za co zostanę zapamiętany.

Dlaczego zainteresował się Pan szczepionką przeciwko odrze, śwince i różyczce (MMR) oraz Wakefieldem? Na jakiej podstawie zaczął Pan podejrzewać, że coś jest nie tak z badaniami opublikowanymi na łamach „The Lancet”?

Częściowo wyjaśniam to w swojej książce. W momencie publikacji pracy Andrew Wakefielda w 1998 roku prowadziłem śledztwo dotyczące skojarzonej szczepionki przeciwko błonicy, tężcowi i krztuścowi (DTP). Kontrowersje związane z tym szczepieniem pojawiły się znacznie wcześniej i wynikały z badań innego lekarza. Zalecił on rezydentom ze swojego szpitala, aby odnaleźli dokumentację medyczną dzieci, u których w ciągu 14 dni po podaniu szczepionki DTP wystąpiły problemy neurologiczne. Z gazet dowiedziałem się wówczas o kolejnej sprawie związanej ze szczepionkami i powiedziałem sobie, że nie będę się w to angażował. Przeprowadzenie dochodzenia na temat szczepionki jest niewiarygodnie trudne, wymaga przede wszystkim czasu i zagłębienia się w wiedzę medyczną, w dodatku z wielu dziedzin medycyny. Jednak kilka miesięcy później przeczytałem artykuł Wakefielda i zwróciłem uwagę na pewien fakt – 8 spośród wszystkich rodziców badanych dzieci twierdziło, że pierwsze symptomy autyzmu u ich dzieci pojawiły się w ciągu 14 dni po szczepieniu. To było dla mnie kompletnie niewiarygodne, że szczepionka MMR miała wpływać na dzieci w taki sam sposób jak szczepionka DTP. Wiadomo było wówczas, że szczepionka DTP, która dzisiaj nie jest już stosowana (chodzi o preparat DTPw, który aktualnie nie jest już stosowany w Wielkiej Brytanii – przyp. red.), wywołuje gorączkę i inne działania niepożądane niemal natychmiast, tego samego lub następnego dnia po szczepieniu. Wiedziałem o tym w związku z moim wcześniejszym śledztwem. Zacząłem się więc zastanawiać, czy to możliwe, że dwie szczepionki mogą mieć identyczny profil działania. Wydawało mi się to mało wiarygodne.


Ryc. Okładka polskiego wydania książki „Wojna o szczepionki. Jak doktor Wakefield oszukał świat?”, która ukazała się w 2020 r. (zdjęcie dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poznańskiego).

Z drugiej strony, zapoznając się z jakimikolwiek badaniami medycznymi, klinicznymi, musimy zaakceptować ich wyniki, bo opierają się na anonimowych przypadkach. Nie można zidentyfikować pacjentów, nie można poznać ich prawdziwych historii ani diagnozy. Dlatego to zostawiłem. Mówiłem sobie i innym, że nie będę się w to angażował. Pamiętam nawet, że jeden z redaktorów „The Sunday Times” pytał mnie wówczas, czy powinien zaszczepić swoje dziecko szczepionką MMR, czy też powinien przyjąć sugestie Wakefielda i wybrać preparaty nieskojarzone. Do dzisiaj z tego żartuję, bo wówczas przyznałem, że porady Wakefielda mogą mieć sens. W pewnym sensie poparłem jego zalecenia. Dopiero w 2003 roku, jedząc lancz z jednym z redaktorów i omawiając tematy, które mogłyby stanowić początek nowego dochodzenia, zwróciliśmy uwagę na szczepionkę MMR. Zacząłem więc zadawać w tej sprawie rutynowe pytania. I od tego się zaczęło.

Zanim przystąpił Pan do śledztwa w sprawie Wakefielda i zbierania materiałów, miał Pan osobiste opinie na temat bezpieczeństwa szczepionek?

Niezupełnie. Bezpieczeństwo szczepionek to nie moje kompetencje. Nie występuję w obronie ani przeciwko szczepieniom. To nie jest zadanie dla dziennikarza. Moja praca polega na opisywaniu faktów oraz – w przypadku tej konkretnej książki – przedstawieniu, co się naprawdę wydarzyło, kto był zamieszany w sprawę, w jakim stopniu, ile na tym zarobił i jakie były jego motywacje. Nie postrzegam siebie jako osoby, która mogłaby komukolwiek doradzać w zakresie bezpieczeństwa szczepionek. To nie jest to, czym się zajmuję.

Łatwo było przekonać świat nauki, że w przypadku teorii Wakefielda na temat szczepień MMR doszło do fałszerstwa?

Dowody, które ujawniłem w trakcie dochodzenia, mówią same za siebie. Wszystko jest absolutnie przejrzyste. Artykuł opublikowany w „The Lancet” był spreparowanym oszustwem. Bezsprzecznie cała sprawa została zaprojektowana w taki sposób, aby w badania zaangażować finansowo instytucję publiczną, stworzyć dowody i umożliwić wytoczenie procesów producentom szczepionek.

Czy w którymkolwiek momencie zbierania materiałów do śledztwa poczuł się Pan niepewnie, co do swojego bezpieczeństwa? Czy był Pan celem ataków ze strony osób nieprzychylnych szczepionkom?

Na szczęście nie. Wiem, że antyszczepionkowcy chcieli zaatakować mój dom, ale trafili pod zły adres.

Można powiedzieć, że Andrew Wakefield zyskał popularność dzięki programowi wyemitowanemu w BBC, do którego został zaproszony jako ekspert, żeby opowiedzieć o szkodliwości szczepionek. W książce wyraźnie wskazuje Pan na niechlubną rolę mediów w napędzaniu lęku wokół szczepień. Stronniczość i pogoń za sensacją kosztem wiarygodności i rzetelności.

Niektórzy uważają, że całą sprawę wymyśliły media, że to medialne oszustwo. Mam na myśli choćby konkretnego lekarza, Bena Goldacre, który kilkanaście lat temu napisał książkę zatytułowaną „Bad Science”. Moim zdaniem Goldacre popełnił klasyczny błąd, zakładając, że treść artykułu naukowego jest prawdziwa i odzwierciedla rzeczywiste wyniki badań. Przyjął on punkt widzenia, co kilkukrotnie potwierdził przy różnych okazjach, że mamy do czynienia z właściwym opisem serii przypadków 12 dzieci, ale nikt nigdy nie twierdził, iż jest to badanie obserwacyjne. Goldacre uważa, że całą sprawę rozdmuchały media.

Gdybyśmy przyjęli, że w ciągu miesiąca do szpitala w Londynie trafiło 12 dzieci, których rodzice twierdzili, że 2 tygodnie po szczepieniu MMR u ich pociech wystąpiły objawy autyzmu, oznaczałoby to, że mamy do czynienia z pierwszym przejawem ukrytej epidemii katastrofalnych odczynów poszczepiennych. Bez wątpienia byłoby to coś, co media musiałyby odnotować. W momencie publikacji artykułu Wakefielda media podały taką informację. Moim zdaniem słusznie, ponieważ mieliśmy do czynienia z potencjalnie ważną obserwacją. Autyzm jako pierwszy opisał naukowiec z Uniwersytetu Johna Hopkinsa w Baltimore w latach 40. ubiegłego wieku, a jego raport opierał się na obserwacji zaledwie 11 dzieci. Kiedy w 1981 roku Centers for Disease Control and Prevention (CDC) po raz pierwszy w regularnej publikacji w „Morbidity and Mortality Weekly Report” (MMWR) opisało serię przypadków AIDS, raport dotyczył tylko 5 homoseksualnych mężczyzn z Los Angeles. Podobnie było i tym razem. Media nie mogły zignorować tak ważnego doniesienia.

Bezpieczeństwo szczepionek to nie moje kompetencje. Nie występuję w obronie ani przeciwko szczepieniom. To nie jest zadanie dla dziennikarza.

Nie zgadzam się z poglądem, że ze strony dziennikarzy doszło do jakiegoś zaniedbania czy oszustwa. Wakefield jest osobą niebywale przekonującą i łatwo zjednującą sobie ludzi. Dzięki temu zdobył przychylność mediów. Było też kilka dziennikarek, które pozostawały pod jego ogromnym wpływem. Wpatrzone w Wakefielda jak w złotą gęś, traktowały wszystko co powiedział, jako wiarygodny temat, który należy przedstawić opinii publicznej. Nigdy nie kwestionowały jego przekazów, nic nie wzbudzało ich wątpliwości.

Osobowości typu Wakefielda, które potrafią zdobyć zaufanie i przychylność innych, funkcjonują we wszystkich społeczeństwach. Mają wpływ na życie innych i zanim ich działania zostaną zdemaskowane, powodują wiele szkód. Wakefield ograł dziennikarzy, tak jak ograł wszystkich innych. Przecież nie poprzestał na jednej pracy. Latami publikował kolejne przekonujące artykuły, stanowiące atrakcyjny temat dla dziennikarzy. Ciężkie odczyny poszczepienne u dzieci to dla dziennikarza dobry temat, który sprzeda gazetę i subskrypcje stron internetowych. Niestety, strach jest tym, co dobrze się sprzedaje, tak jak dobrze sprzedają się kontrowersje. Poza tym dziennikarze nie byli w stanie udowodnić, że przedstawiony temat jest sfałszowany. Nie możemy udowodnić, że którakolwiek szczepionka, tak jak wiele innych rzeczy, nie powoduje autyzmu. To logicznie niemożliwe. W każdym razie temat przyciągał uwagę opinii publicznej. Okazało się również, że wywołał panikę w społeczeństwie i wyszczepialność spadła. Kiedy zaangażowałem się w sprawę, wyszczepialność dzieci szczepionką MMR była najniższa od momentu jej wprowadzenia na rynek. A to oczywiście, z punktu widzenia dziennikarza, stanowiło kolejny doskonały temat, tym bardziej że po raz pierwszy od lat pojawiły się ogniska choroby, którą niemal eradykowano dzięki szczepieniom. Miałem więc kolejny temat. Podsumowując, lęk przed szczepieniami jest świetnym produktem medialnym.

Niestety, ta prawidłowość obowiązuje na całym świecie.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na inny ciekawy problem. Dlaczego ktokolwiek na świecie chciałby słuchać angielskiego dziennikarza rozprawiającego na temat bezpieczeństwa szczepień? Odpowiedź jest dość oczywista – Anglia jest miejscem, z którego lęk przed szczepionkami wywodzi się historycznie. Po raz pierwszy mieliśmy z nim do czynienia w XIX wieku, kiedy brytyjski rząd zdecydował o obowiązkowym szczepieniu przeciwko ospie prawdziwej. Następnie lęk przed szczepieniami wyeksportowano do Nowego Jorku, później ze Stanów Zjednoczonych rozlał się na Amerykę Południową i doprowadził w Rio de Janeiro do revolta de vacina. Kontrowersje, które narodziły się w Wielkiej Brytanii, stopniowo rozlewały się na cały świat. Kolejny, przełomowy okres, to lata 70. i 80. ubiegłego wieku, kiedy to pojawił się lęk przed szczepionką DTP. Jego źródłem był Szpital Great Ormond Street w centralnym Londynie, zaledwie 3,5 mili na południe od szpitala, w którym Andrew Wakefield w latach 90. wzbudził wątpliwości dotyczące MMR.

W Stanach Zjednoczonych lęk przed szczepionką DTP zapoczątkował program telewizyjny „Szczepionkowa ruletka” wyemitowany przez stację NBC, która powtórzyła wątpliwości pojawiające się w Wielkiej Brytanii. Schemat jest następujący – kontrowersje rodzą się w Wielkiej Brytanii, a następnie, m.in. dzięki podobieństwu języka, trafiają do Stanów Zjednoczonych, skąd rozlewają się na cały świat, który wpatrzony jest w to, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych. W ten sposób o bezpieczeństwie szczepionek dyskutują miliardy ludzi na całym świecie.

Jakie znaczenie pańskim zdaniem miały social media w kreowaniu i eksportowaniu paniki dotyczącej szczepień? Był Pan świadkiem transformacji mediów. Czy ruch antyszczepionkowy miałby szansę zaistnieć na tak ogromną skalę bez Facebooka, Twittera lub innych kanałów komunikacji używanych współcześnie?

Wakefield ograł dziennikarzy, tak jak ograł wszystkich innych. Przecież nie poprzestał na jednej pracy. Latami publikował kolejne przekonujące artykuły, stanowiące atrakcyjny temat dla dziennikarzy.

To rzeczywiście dobre pytanie dla mnie, bo żeby na nie odpowiedzieć, trzeba być wystarczająco starym i poświęcić wystarczająco dużo czasu na prześwietlanie tego problemu. Jeżeli porównamy sprawę lęku przed szczepionką DTP z kontrowersjami dotyczącymi szczepionki MMR, to okaże się, że obie sprawy rozpoczęły się od publikacji prasowych i informacji podanych w telewizji. Jednak rozwój sytuacji był już w przypadku obu szczepionek zupełnie inny. W przypadku preparatu DTP dziennikarze podchwycili temat od Johna Wilsona, lekarza ze Szpitala Great Ormond Street. Temat omawiano przez całą końcówkę lat 70. i początek lat 80. Bez wątpienia przyczyniło się to do zwiększenia sprzedaży wielu gazet i oglądalności stacji telewizyjnych. Dopiero w latach 90. XX wieku postawiono pytanie, czy rzeczywiście, tak jak ludzie sądzili, szczepienie zwiększało ryzyko ciężkich odczynów poszczepiennych. W 1998 roku odbyła się rozprawa sądowa, która miała odpowiedzieć na to pytanie. Przesłuchania ciągnęły się miesiącami, w końcu stwierdzono, że szczepionka DTP prawdopodobnie nie powodowała u dzieci żadnych powikłań neurologicznych. Warto podkreślić, że mówimy o przekonaniach lekarzy, a nie mediów czy niemedycznych przedstawicieli społeczeństwa. Dopiero rozwój medycyny przyniósł ewidentne dowody na to, że teorie dotyczące szczepienia DTP były chybione. Rozprawa sądowa zakończyła spór. Efekty jednak były fatalne, bo dzieci znowu zaczęły cierpieć z powodu krztuśca, co media również sprzedały. To naturalne dla mediów, że ich inklinacje nie są skoncentrowane wokół jednego tematu. Kiedy historię wyeksploatowano pod każdym możliwym kątem, kiedy sąd orzekł, że szczepienia nie wywołują zaburzeń neurologicznych, korporacyjne media, tradycyjne gazety i stacje telewizyjne przeniosły swoje zainteresowanie na coś innego. Sprawa przycichła, wyrosło nowe pokolenie rodziców, które nie znało kontrowersji wokół DTP i było po wszystkim.

Historia kontrowersji wokół szczepienia MMR również rozpoczęła się od tradycyjnych mediów. Wkrótce jednak obserwowaliśmy narodziny mediów społecznościowych, które dały ludziom nieograniczony dostęp do rynku dezinformacji. Okazało się, że każdy, kto był w stanie stworzyć dobrze prezentującą się stronę internetową, może wprowadzić do obiegu każdą ideę i teorię spiskową. W mediach społecznościowych każdy ma głos. W takiej rzeczywistości rodzi się pytanie: kto może zbudować największą rzeszę odbiorców? Z wielu wiarygodnych źródeł wiemy, że nieprawdziwe informacje są bardziej atrakcyjne dla odbiorców i tańsze do wygenerowania, bo nie trzeba weryfikować faktów. Sprawia to, że dzisiaj żyjemy w zupełnie innym medialnym krajobrazie. W czasach, gdy prowadziłem dochodzenie na temat MMR, na świecie upadły media tradycyjne i narodziły się media społecznościowe. Zmieniła się również struktura wpływów z reklam, szczególnie w gazetach, ale również w telewizji. Dostęp do big data dał mediom społecznościowym możliwość tworzenia reklam sprofilowanych pod kątem odbiorcy. Kiedy zaczynałem pracę nad tematem MMR, nikt nawet nie śnił o zindywidualizowanych profilach konsumentów, do których można bezpośrednio kierować reklamę. Dzisiaj diler samochodów BMW raczej nie jest zainteresowany umieszczeniem reklamy przed kimś takim jak ja, kogo nie będzie stać na zakup drogiego auta. Internet przejął cały rynek ogłoszeń. W dodatku dociera do odbiorców skuteczniej i bardziej efektywnie pod względem kosztów. Media społecznościowe mogą umieszczać reklamę BMW przed osobą, która nie tylko może sobie pozwolić na samochód tej marki, ale która rozważa taki zakup. Dokonał się ogromny przełom w personalizacji treści, który doprowadził do powstania rynku dezinformacji. Wpływ mediów tradycyjnych, ekspertów i przedstawicieli oficjalnych instytucji na przekonania społeczne został zupełnie przetransformowany. Wystarczy spojrzeć na zupełnie niespotykaną sytuację, którą obserwujemy w Stanach Zjednoczonych. Prezydent po przegranej w demokratycznych wyborach projektuje zamach stanu i nie zamierza ustępować. Coś takiego nie wydarzyłoby się przed epoką mediów społecznościowych i Fox News. Tak, media społecznościowe mocno przyczyniły się do rozwoju ruchu antyszczepionkowego.

Historia artykułu w „The Lancet” dla wielu okazała się nauczką. Pokazała, z jak dużą odpowiedzialnością wiąże się współautorstwo publikacji naukowych. W toku śledztwa wykazano, że współautorzy publikacji najprawdopodobniej nie byli świadomi tego, co robił Wakefield, a wielu z nich nie widziało ostatecznej wersji tekstu przed publikacją ani zmian wprowadzonych w manuskrypcie. To ich jednak nie usprawiedliwia. Nie dopełnili obowiązków spoczywających na naukowcach i nie zareagowali dostatecznie szybko po publikacji artykułu. Czy współautorzy ponoszą taką samą winę za swoje zaniedbanie i niedopełnienie obowiązków jak Wakefield?

Na pewno współautorzy nie powinni być stawiani w jednym rzędzie z Wakefieldem. Oni nie byli zaangażowani w oszustwo. Większość nie miała pojęcia, jakie tezy zawarto w artykule. Niemniej jednak współautorzy ponoszą odpowiedzialność, i to nie tylko z powodu obowiązujących zasad wydawniczych, lecz przede wszystkim dlatego, że mogli zadawać więcej pytań, mogli podważać jego założenia. Mówię w szczególności o dołączonym do artykułu raporcie patologicznym, który zawiera po prostu błędy. Można powiedzieć, że niektórzy z tych lekarzy byli jeszcze rezydentami nieposiadającymi odpowiedniego doświadczenia. Prawda jest jednak taka, że Wakefield napisał artykuł, a oni z radością, bez zadawania pytań się pod nim podpisali, nawet go nie czytając. Dowodzi tego błąd już w samym wstępie dotyczący klasyfikacji zaburzeń rozwojowych, którego nikt nie zauważył. Napisano bowiem „HMS-IV”, a powinno być „DMS-IV”. Skrót HMS w Wielkiej Brytanii odnosi się do marynarki wojennej i oznacza her majesty ship. Natomiast DMS to Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, czyli stosowana na całym świecie klasyfikacja zaburzeń Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Na pierwszej stronie artykułu opublikowanego w „The Lancet” zamiast odniesienia do klasyfikacji zaburzeń znalazło się odniesienie do statku. I nikt tego nie zauważył.

Dla lekarza opublikowanie swojego artykułu w „The Lancet” albo innym czasopiśmie o podobnej randze jest czymś, czym można się chwalić w CV przez całe życie. Trudno się więc dziwić, że współautorzy byli zadowoleni, podpisując się pod tekstem. Warto też przypomnieć, że Wakefield był wówczas konsultantem w Royal Free Hospital, czyli należał do grona lekarskiej pierwszej ligi, a kolejny autor – John Walker Smith – był profesorem gastroenterologii dziecięcej. Rezydentom czy lekarzom rozpoczynającym karierę po rezydenturze trudno jest podważyć zdanie takich autorytetów.

W naszej dziennikarskiej pracy jest podobnie. Czasem po edycji nie jestem w stanie rozpoznać tekstu, pod którym się podpisałem. Gdybym za każdym razem mówił, że to i tamto ująłem w inny sposób i trzeba to poprawić, to wydawanie gazety stałoby się o wiele trudniejsze. Sprawdzam więc, czy zgadzają się fakty i zgadzam się na wprowadzone zmiany, mimo że styl tekstu przed edycją był zupełnie inny. Wielu osobom wydaje się, że prestiżowe wydawnictwa biomedyczne to pisma święte, które z góry podają nam prawdy objawione. W rzeczywistości to takie same magazyny jak wszystkie inne.

A jak ocenia Pan odpowiedzialność samego czasopisma „The Lancet”? Do publikacji dopuszczane są teksty recenzowane na podstawie systemu peer review. Przecież recenzent „The Lancet” musiał się zapoznać z tekstem.

Pozytywna opinia recenzenta nie oznacza, że tekst przepuszczono przez wykrywacz kłamstw. To jedna z największych iluzji funkcjonujących w świecie medycyny. Sztuczka, która ma wzbudzać zaufanie. Przed wydaniem książki rozmawiałem telefonicznie z dyrektorem wydawniczym. W czasie tej rozmowy zadałem mu pytanie, skąd ma pewność, że moja książka opiera się na faktach. Odpowiedział, że zrecenzowali ją zatrudnieni przez wydawnictwo eksperci. Spierałem się wówczas, że tylko sprawdzenie faktów i potwierdzających je dowodów może dać pewność, że informacje zawarte w książce są prawdziwe. Pierwotny manuskrypt na ponad 100 000 słów zawierał ponad 2000 przypisów odnoszących się do zgromadzonej przeze mnie dokumentacji, którą zachowałem jako dowód. Składa się na nią 12 500 plików pdf. Dwóch redaktorów z Wydawnictwa Uniwersytetu Johna Hopkinsa miesiącami sprawdzało wszystkie przypisy i odnoszącą się do nich dokumentację.

(…) nieprawdziwe informacje są bardziej atrakcyjne dla odbiorców i tańsze do wygenerowania, bo nie trzeba weryfikować faktów.

Zatem, rozmawiając o recenzjach naukowych, mamy do czynienia z sytuacją, w której redaktor opiera się na opinii kogoś, kto ma wiedzę na poruszany w artykule temat. W tym konkretnym przypadku artykuł Wakefielda zrecenzował profesor gastroenterologii dziecięcej z niewielkiego szpitala spoza Londynu. Profesor nazywał się David Candy. Stwierdził on wówczas, że wszystko, pod czym podpisuje się wspomniany wcześniej John Walker Smith, jest prawidłowo i dokładnie przedstawione. Okazało się, że recenzent był studentem wspomnianego profesora, a profesor był jego mentorem. Na zasadach towarzystwa wzajemnej adoracji recenzent stwierdził: „Aha, to napisał John. To wspaniale, nie będzie tu żadnych błędów”. Musimy pamiętać, że artykuły publikowane w magazynach biomedycznych to tylko słowa na papierze. Naprawdę bardzo rzadko recenzenci mają dostęp do oryginalnych badań. Z reguły czytają pracę, stwierdzają, że ma sens, że jest osadzona w kontekście, że jest wystarczająco pełna i że może być prawdziwa, ale jednoznacznie nie mogą tego stwierdzić.

Jedno z moich pierwszych dziennikarskich śledztw jeszcze z lat 80. dotyczyło firmy farmaceutycznej. Okazało się, że lekarz odpowiedzialny za badania stworzył grupy pacjentów. Napisał, że w badaniu uczestniczyło 300 kobiet z prawidłową masą ciała, które nigdy nie stosowały środków antykoncepcyjnych. Uczestniczki badania otrzymały środki antykoncepcyjne, a autor później podzielił się wynikami. Tymczasem opisane pacjentki nigdy nie istniały. Po zdemaskowaniu tego kłamstwa przez „The Sunday Times” oszust zapił się na śmierć. Recenzowanie jest użyteczne, ale nie jest wykrywaczem kłamstw.

W książce pisze Pan również o systemie przyznawania i rozliczania grantów naukowych, który opiera się na zasadzie – im więcej publikacji w prestiżowych pismach, tym większe szanse na pieniądze. Czy taki sposób przyznawania pieniędzy nie prowokuje do fabrykowania prac naukowych?

Kiedy dociekanie prawdy jest utrudnione, kiedy na szali jest publikacja w takich czasopismach, jak „The Lancet”, autorzy stają przed pokusą ścinania zakrętów i wysnuwania daleko idących, ekstrawaganckich wniosków. I co jest najbardziej ironiczne, prestiżowe pisma, takie jak „The New England Journal of Medicine” (NEJM), „The Lancet”, „The Journal of the American Medical Association” (JAMA) czy „The Annals of Medicine”, próbują zdobyć jak najszerszą rzeszę Czytelników, a przez to szukają artykułów, które zostaną zapamiętane. Ich redaktorzy stoją pod presją publikowania sensacyjnych doniesień. Rywalizacja między „The Lancet” i JAMA stwarza ogromną komercyjną presję, która może prowadzić do publikacji słabo potwierdzonych wniosków. Ilustruje to przypadek z czerwca tego roku dotyczący skandalu związanego z grupą Surgisphere (p. Hydroksychlorochina, chlorochina i makrolidy w leczeniu COVID-19 – ważne ostrzeżenie w "The Lancet"? – przyp. red.). NEJM oraz „The Lancet” wycofały wówczas dwa różne artykuły dotyczące leczenia COVID-19. Pojawiły się oskarżenia, że doszło do oszustwa. Jeżeli rzeczywiście mieliśmy do czynienia z oszustwem, to wykryto je tylko dlatego, że dziennikarzom chciało się zrobić coś więcej niż skorzystać z wyszukiwarki Google. Bez większego wysiłku, przeglądając jedynie strony internetowe, dziennikarze odkryli, że dane zgromadzone przez Surgisphere z setek szpitali na całym świecie były bzdurą. W ten sposób można się dostać na łamy prestiżowych magazynów – ponieważ chcą one publikować kontrowersyjne artykuły, które przyciągną uwagę Czytelników.

Wróćmy jeszcze do Andrew Wakefielda. Po długim procesie pozbawiono go prawa wykonywania zawodu w Wielkiej Brytanii, ale nadal jest aktywny w Stanach Zjednoczonych jako propagator swojej teorii o związku MMR z autyzmem. Jeździ po świecie z wykładami, często jest zapraszany przez grupy antyszczepionkowe. Był też ze swoim „demaskatorskim” filmem w Polsce. Czy nie odczytuje Pan tej działalności jako porażki środowiska naukowego? Jako własnej porażki?

(…) opublikowanie swojego artykułu w „The Lancet” (…) jest czymś, czym można się chwalić w CV przez całe życie. Trudno się więc dziwić, że współautorzy byli zadowoleni, podpisując się pod tekstem.

Nie sądzę, żeby była to czyjakolwiek porażka. Na pewno nie jest to moja porażka. Nie jest to też porażka nauki. Wakefield jest skończony. Był skończony, kiedy stracił prawo wykonywania zawodu, jego artykuł wycofano z „The Lancet” i zwolniono go z pracy w Stanach Zjednoczonych. Pozostały mu prelekcje na wydarzeniach dla ludzi, którzy wierzą, że atak na World Trade Center to była akcja wewnętrzna zorganizowana przez rząd amerykański, że smugi kondensacyjne po samolotach służą kontroli populacji i w wiele innych szalonych rzeczy. Powrócił z pseudonaukowym filmem „Vaxxed”, w którym znajdują się zupełnie oderwane od rzeczywistości wypowiedzi naukowca z CDC. Jak się później okazało, współpracował on z Wakefieldem. Film miał wywołać wrażenie, że jeden uczciwy naukowiec oskarża swoich kolegów o oszustwo. Tezy zawarte w dokumencie opierały się na nieprawidłowo zaprojektowanych, przeprowadzonych i zinterpretowanych badaniach, których publikację odrzuciło kilka czasopism naukowych. W tym przypadku nie doszło do oszustwa, ale źle zaprojektowane badania doprowadziły do kuriozalnych wniosków. Wakefield postanowił to wykorzystać i wyprodukował 90-minutowy film, który poprzez serię dziwnych zbiegów okoliczności trafił na festiwal zorganizowany m.in. przez Roberta De Niro. Ostatecznie film z festiwalu usunięto, ale De Niro wypowiedział się w programie NBC, że trzeba to obejrzeć. W całej Ameryce odbyły się więc projekcje „Vaxxed”. Podobno film zarobił 2 miliony dolarów. Powód, dla którego ruchy antyszczepionkowe ewoluowały w tak dynamiczny sposób – od tego, co zapoczątkował Wakefield pod koniec lat 90., do tego, co mamy dzisiaj – to nie żaden mistyczny zeitgeist, proces polityczny czy wytwór zmian medialnych. Przyczynił się do tego właśnie film „Vaxxed”, który można określić mianem wyjątkowej propagandy opartej na nieprawdziwych przesłankach. Przykład ten udowadnia, że wielkie kłamstwa mają większy zasięg i szybciej się rozprzestrzeniają niż prawda. Prawda jest mniej niezwykła. Z reguły fabrykowane są fakty pod jakimś względem niesamowite. Tak się po prostu dzieje. I nie ma to nic wspólnego z moją porażką lub świata nauki. Swoją pracę wykonałem, osiągnąłem to, co zamierzałem, a wyszczepialność w Wielkiej Brytanii wróciła do poziomu sprzed sprawy Wakefielda.

Jak Pan sądzi, co kierowało Wakefieldem? Czy wierzył w to, co starał się udowodnić, czy też za jego działaniem stała cyniczna motywacja i chęć zysku?

Myślę, że jedno nie wykluczało drugiego. Obserwujemy historyczny moment, w którym Donald Trump, przegrywając wybory, nie przyjmuje do wiadomości, że będzie musiał się wyprowadzić z Białego Domu. Są ludzie, dla których to, co mówi Trump, jest prawdziwe. Wierzą, że wybory zostały sfałszowane. Tak samo dla przeciwników szczepień – Andrew Wakefield nie może się mylić i nie mógł się mylić przez całą swoją karierę. Przecież kiedy opublikowałem swój pierwszy artykuł, mógł przestać brnąć w mistyfikację. Ludzie nie wiedzieli, że jego badania są finansowane przez prawnika, który zamierza złożyć pozew przeciwko producentom szczepionek. Mógł przecież powiedzieć: „przepraszam, rzeczywiście pojawiły się poważne problemy dotyczące moich badań, popełniłem pewne błędy, ale sądzę, że poruszyliśmy tak ważne kwestie, że badania powinny być kontynuowane”. Ale tego nie zrobił. Nie był zdolny do tego, aby się przyznać przed światem do pomyłki. Przez te wszystkie lata, rozmawiając z różnymi ludźmi na temat tej sprawy, często z wybitnymi ekspertami, odkryłem, że Wakefield nie był ekspertem w jakiejkolwiek dziedzinie. Prawdziwi eksperci – wirusolodzy, epidemiolodzy, histopatolodzy – oferowali mu swoją pomoc. Tyle że on nie zaakceptował żadnej pomocy, która kolidowała z jego przekonaniami – że wirus odry wywołuje chorobę Crohna, a choroba Crohna jest powiązana w jakiś sposób z autyzmem, a autyzm dziwnym trafem powiązany jest ze źródłem finansowania jego badań. Wakefield zrobił to, czego od niego oczekiwano, tym bardziej że otrzymał zapewnienie, że będzie finansowany tak długo, jak będzie tego wymagała sprawa. Możemy to porównać do wpływu, jaki miał przemysł tytoniowy na badania, które miały sugerować, że palenie nie powoduje raka płuc. Wakefielda opłacali prawnicy. Miał dostarczyć dowody będące podstawą do złożenia pozwów przeciwko producentom szczepionek.

A czy Pan kiedykolwiek słyszał oskarżenia, że pańskie dochodzenie było finansowane przez koncerny farmaceutyczne?

Pozytywna opinia recenzenta nie oznacza, że tekst przepuszczono przez wykrywacz kłamstw. To jedna z największych iluzji funkcjonujących w świecie medycyny.

To standardowy argument Wakefielda. Korzysta on z dwóch linii obrony i jedna z nich opiera się właśnie na twierdzeniu, że jestem opłacony przez firmy farmaceutyczne. Jest to dosyć zaskakujący argument, ponieważ dużo czasu w moim życiu poświęciłem na przyglądanie się interesom firm farmaceutycznych, które wcale z tego powodu nie były zadowolone. Trudno więc to sobie wyobrazić, że koncerny chciałyby współpracować właśnie ze mną. Łatwo ten argument podważyć. Wówczas Wakefield wyciąga z rękawa następną rewelację, twierdząc, że jestem psychopatą, który upatrzył sobie w nim ofiarę. Cóż, nie będę odbijał tego przekonania w jego stronę. Moja publikacja w „The Sunday Times” poparta jest dowodami. Seria przygotowana dla BMJ (p. Artykuł Wakefielda wiążący szczepionkę MMR z autyzmem był oszustwem oraz Jak spreparowano dowody przeciwko szczepionce MMR – przyp. red.) została przed publikacją zrecenzowana, program telewizyjny, który zrobiłem dla publicznego nadawcy, spełniał wysokie standardy rzetelności i dokładności, a teraz moją książkę wydał Uniwersytet Johnsa Hopkinsa w Wielkiej Brytanii i Australii. Przetłumaczono ją na wiele języków, w tym na polski. Jeśli ta książka byłaby stekiem bzdur, jak twierdzi Wakefield, nie postępowałby, jakby jej nie było. A taką przyjął strategię. Kiedy w katalogu wydawcy pojawiła zapowiedź, że taka pozycja trafi do księgarń, grożono wydawcy, że Wakefield wystąpi z pozwem. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło.

Najważniejszym testem prawdy w przypadku mojej książki jest to, że gdyby została sfabrykowana, wydawca mógłby w siedmiu różnych jurysdykcjach wystawić mi rachunek za wycofanie jej z rynku. Dla mnie oznaczałoby to kompletną ruinę. Właściwie, gdyby wyniki mojego śledztwa nie były prawdziwe, byłbym zrujnowany lata temu. Nie uniknąłbym pozwu. Nie miałbym gdzie mieszkać, ponieważ musiałbym sprzedać dom i wszystko, co mam, żeby spłacić zasądzone odszkodowania. Jak mógłbym kłamać, stawiając na szali wszystko, co dotychczas wypracowałem, co posiadam. To byłoby samobójstwo. Nie wziąłem grosza od firm farmaceutycznych, a moja praca była finansowana w całości przez „The Sunday Times”, BMJ oraz stację telewizyjną „Channel 4”.

W każdym kraju, gdzie tego typu ruch rośnie w siłę, mamy łatwy dostęp do rzetelnych informacji na temat szczepień, a mimo to zwolenników teorii Wakefielda przybywa. Jak postrzega Pan przyszłość ruchów antyszczepionkowych?

Kilka miesięcy temu w „The Nature” ukazał się tekst, który przewiduje, że ruchy antyszczepionkowe będą rosły w siłę przez kolejną dekadę. Jak wspomniałem wcześniej, można to porównać do wyborów w Stanach Zjednoczonych, do tego, co twierdzi Donald Trump, do przekazu Fox News. Raz puszczony w obieg publiczny głos, że wybory sfałszowano, nawet po ujawnieniu wszystkich danych, wszystkich faktów i szczegółowym podliczeniu wyborów, wciąż będzie znajdywać swoich popleczników. Wakefield był pionierem takiego fenomenu. Konsensus zbudowany wokół szczepień opiera się na informacjach potwierdzających, że są efektywne, bezpieczne, że profil ryzyka jest mały. Nie znam żadnej poważnej organizacji ani instytucji, która twierdziłaby, że odczyny poszczepienne nie występują. Wakefield musiał tylko sprowokować polaryzację – my mówimy tak, a oni tak. Naruszenie konsensusu wywołało lawinę. Reszta należała do mediów społecznościowych, które – w przeciwieństwie do mediów tradycyjnych – nie zatrudniają nikogo, kto potwierdzałby wiarygodność publikowanych informacji. Ruchy antyszczepionkowe będą więc rosnąć. Reakcja nastąpi dopiero, kiedy pojawi się coś, co określam mianem nowego autorytaryzmu. Już to obserwujemy na Facebooku, Twitterze, w Google. Już teraz ludzie w Google interweniują, decydując o promowaniu pewnych treści i wycofywaniu innych. Wszystko dąży do sytuacji, w której każdy w sieci będzie posiadał coś na wzór elektronicznego podpisu. Kiedy zniknie anonimowość, propagowanie treści szkodliwych dla zdrowia publicznego lub treści pedofilskich będzie o wiele trudniejsze, ponieważ władza wyśledzi każdego, kto takie treści zamieścił.

Dziękuję za rozmowę.

Brian Deer jest brytyjskim reporterem śledczym dziennika „The Sunday Times”, znanym ze śledztw dotyczących przemysłu farmaceutycznego, medycyny i spraw społecznych. Jest również autorem książki reporterskiej „Wojna o szczepionki. Jak doktor Wakefield oszukał świat?”, którą we wrześniu opublikowało Wydawnictwo Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa (w Polsce Wydawnictwo Poznańskie).

Reklama

Napisz do nas

Zadaj pytanie ekspertowi, przyślij ciekawy przypadek, zgłoś absurd, zaproponuj temat dziennikarzom.
Pomóż redagować portal.
Pomóż usprawnić system ochrony zdrowia.

Przegląd badań